Trzy dni minęły nam łatwo. Codziennie dzwoniłyśmy do chłopaków, i oczywiście kontaktowałyśmy się z rodzicami. Nie było trudno mieszkać samemu. Było nawet fajnie.
Dnia powrotu rodziców, o godzinie 9 rano... Zadzwonił telefon.
Nie mogę uwierzyć w to co usłyszałam.
O godzinie 8.43, autobus, z naszymi rodzicami... robił się.
Myślałam, że to jakiś żart. Przeżyły tylko dwie osoby.
Nie byli to ani rodzice Judy... ani moi.
Kiedy tylko usłyszałyśmy to zdanie, nie wierzyłyśmy... po pięciu minutach doszło do nas... co się stało.
Wybuchłyśmy płaczem.
Jeszcze nikt nie wiedział o naszej tragedii. Byłam w takim szoku, że na początku... nie mogłam nic powiedzieć.
Po 10 minutach, wybiegłam na ulicę... uklękłam przed kapliczką, która była niedaleko domu, i modliłam się. Płakałam, i modliłam się, aby Bóg przyjął naszych rodziców do nieba. W końcu o też nie pomogło.
Zaczęłam krzyczeć: "Dlaczego?!" i "Czemu to nie byłam ja!?".
Wybiegłam na ulicę. Nie zauważyłam pędzącego samochodu.
Straciłam przytomność. Nie mam pojęcia na jak długo.
Wiem tylko tyle, że żyje... niestety.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz