Wstaliśmy dzisiaj o godzinie 8 (rano oczywiście).
Chłopcy zjedli duże śniadanie, o 10 muszą przecież wyjechać... Muszą...
Po śniadaniu spędziliśmy z Niallem, trochę czasu... sami... Liam zaopiekował się Niną.
Siedzieliśmy i milczeliśmy... ale to nie było niezręczne milczenie... miło było tak pomilczeć razem...
Niestety... o godzinie 10, na naszym parkingu, zaparkowała duża, czarna limuzyna.
Niall pobiegł pożegnać się z Niną, i znów przyszedł do mnie.
- Będę dzwonił, codziennie.
- Mam nadzieje.
Po tych słowach, wyszedł.
Włożyłam Ninę do kojca i usiadłam na kanapę.
Po policzkach spływały mi pojedyncze łzy.
Po chwili przyszła do mnie Judy.
Pocieszyła mnie.
Ona zawsze wiedziała co mnie pocieszy.
- A pamiętasz, jak siedziałyśmy u cb same? Świetnie się bawiłyśmy.
- Tak, ale wtedy byłyśmy same na góra 3 dni... nie na miesiąc... i wtedy nie miałam cudownego męża i czwórki najlepszych przyjaciół, którzy mnie zostawili.
- Ale wrócą... I będziemy się codziennie widywać... Peg... Nie płacz...
W tym momencie, Nina zaczęła płakać.
Wstałam i ją uspokoiłam, Judy włączyła muzykę.
Zaczęłyśmy tańczyć... tak jak robił to Niall z naszym maluszkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz